Skip to content

Blogowy wieczór filmowy – “Army of Darkness”

Czerwiec 10, 2012

Army of Darkness

„Evil Dead” jest legendarną w świecie horroru serią filmów, początkującego wówczas reżysera, Sama Raimi. Pierwsza część opowiadała losy grupy młodych ludzi, którzy uwolnili pierwotne zło i mierzyli się z nim w pewnej zapomnianej przez Boga chatynce. Ujrzała światło dzienne na początku lat osiemdziesiątych. Niski budżet(około 30 tysięcy dolarów) nie przeszkodził stworzyć czegoś, co w pewnych kręgach zostało uznane za klasykę. Mimo wszystko wyraźnie widać, że Sam nie miał do końca jasnej wizji swoje dzieła. Oglądając, nie wiedziałem co myśleć – czy miał to być horror, czarna komedia, a może prosty film gore? Taki dysonans sprawił, że uważam pierwszą reinkarnację „Martwego Zła” za pewną przystawkę przed głównym daniem. Postacie są płytkie, główny bohater nijaki, jedyną “atrakcją” są latające dookoła kończyny, ale niestety, to dla mnie za mało, by uznać film za udany. „Dwójeczka” pod względem gatunku była już bardziej zdecydowana. Opowiada identyczną historię(jest niejako remakiem) Mamy tu do czynienia z czarną komedią, oczywiście wszystko to również w krwistym sosie, z pływającymi tu i ówdzie flaczkami. Bohater w końcu był charakterystyczny, a “Martwe Zło” stało się powszechnie rozpoznawalne. W 1992 nadeszła trzecia i ostatnia część – „Armia Ciemności”, moim zdaniem magnus opus reżysera. I właśnie o niej dzisiaj przeczytacie.

Na początku jedno zastrzeżenie – warto obejrzeć serię od początku. Trzeba tylko pamiętać, że “jedynka” zupełnie nie pokazuje czym miało być dzieło Sama, ale można się z nią zapoznać, gdyż ciekawie jest obserwować, jak diametralnie kolejne odsłony się różnią. Drugą część mogę już spokojnie polecić. Nie dość, że reprezentuje zupełnie inny poziom niż poprzednik, to dodatkowo – jest połączona fabularnie z “Armią Ciemności”. Coś rzadko spotykanego – kolejne „odcinki” były zdecydowanie coraz lepsze.

Każdą część łączy główna postać Asha(w tej roli niezastąpiony Bruce Campbell), w drugiej zostaje wciągnięty przez portal do… średniowiecza. I tu zaczyna się “Armia Ciemności”. Jak się okazuje, droga powrotna do domu nie będzie łatwa. Musi odnaleźć starożytną księgę, Necronomicon. I wypowiedzieć zaklęcie. Oczywiście nie wszystko idzie po jego myśli, przypadkiem budzi armię ciemności… Fabuła nie jest ambitna i skomplikowana, i bardzo dobrze! Historia ma specyficzną atmosferę, ale najważniejszy element stanowi humor. Elementy gore ograniczono do minimum. A zaznaczam, humor cięższy, bo czarny. Niezbyt ambitny, ale często trudno się nie uśmiechać, słysząc kolejne teksty Asha. Ten z każdym kolejnym filmem stawał się coraz większym badassem. W tym osiągnął apogeum. Nie sposób nie lubić tego skurczybyka, który jest Duke Nukem i MacGyverem w jednym. Kapitalna kreacja Bruce’a sprawiła, że postać nabrała charakteru i bez wątpienia można nazwać ją kultową. Mimika twarzy, gestykulacja, intonacja, z jaką wygłasza swoje cięte teksty, słowem – geniusz. Trudno oceniać resztę obsady, ponieważ wszystko kręci się wokół Asha, reszta to tylko tło. Na pewno nie sposób na nich narzekać, bo najczęściej są tylko celem cynicznych tekstów herosa.

Wiele osób może początkowo odrzucić kicz i tandeta obrazu. Jednak tworzą one w dużej mierze ten rozpoznawalny na pierwszy rzut oka styl. Właśnie o te przerysowanie chodzi! Efekt jest zamierzony. Humor od razu się polepsza, gdy człek widzi często nieporadne, proste, klasyczne efekty specjalne, kiczowatą charakteryzację maszkar lub przerysowane sceny. Dla mnie wszystko to ma więcej klimatu i duszy, niż większość nowoczesnych efektów specjalnych razem wziętych. Podczas oglądania nie odczuwałem w żadnym stopniu zażenowania, wystarczy wiedzieć, że całość jest jednym, wielkim żartem. Ma służyć rozrywce. Na uwagę zasługują zdjęcia i montaż. Jak na dosyć wiekowe dzieło, wszystko wygląda bardzo dynamicznie i ciekawie prezentują wydarzenia. Filmy z serii „Evil Dead” charakteryzują się oryginalną niekiedy pracą kamery, nadającą jeszcze więcej unikatowego klimatu. Na uwagę zasługuje muzyka – patetyczna, bohaterska, przyjemna, mamy tu świetny efekt kontrastu. Jako że miejsce akcji osadzono w średniowieczu, sporo pracy trzeba było włożyć w scenografię(przynajmniej w porównaniu do poprzednich części), ale wyszło to dobrze. Widać, że budżet był dużo większy.

Oglądanie „Armii” wymaga pewnego specyficznego podejścia – przede wszystkim, należy sobie zdać sprawę, że wszystko w tym filmie jest „dla jaj”. To niezbyt ambitne, pozbawione głębi, ale idealnie spełniające swoją rolę jako rozrywkowe – kino. Pozostaje tylko zakupić orzeszki, piwo i zaprosić znajomych na seans z „Evil Dead”(w takim wypadku polecam od razu obejrzeć drugą i trzecią część). Gwarantuję, że dla wielu oglądających postać Asha z miejsca stanie się kultowa. Klasyka kina klasy B.

Reklamy

From → Filmy

6 Komentarzy
  1. W pełni się zgadzam. To jest wręcz żelazna klasyka kina klasy B. Ale moim zdaniem zdecydowanie najlepsza część z trylogii to Evil Dead 2, gdzie udało się Raimiemu uzyskać idealną proporcję pomiędzy komedią, a gore. Część pierwsza faktycznie była swoistą próbą generalną. I choć ma swoje niezapomniane momenty daleko jej do doskonałości. Army of Darkness z kolei ma według mnie dość mocno zachwiane rozłożenie akcentów. Za dużo tam wygłupu i zgrywy, a za mało horroru.

    Tak czy siak warto obejrzeć wszystkie filmy z serii. Dla sceny z drzewami z części I, dla perfekcyjnej (według mnie) części II i dla Campbella (scena nad Necronomiconem bawi mnie nadal do łez) w części III.

    • A słyszałeś, że zaczęli już zdjęcia do remake’u pierwszej części? Szczerze powiedziawszy, to się boję efektu. Ogólnie pierwsza część była jakaś taka „niezdecydowana”, tu się obaj zgadzamy, a znając jeszcze jak takie przeróbki zazwyczaj wychodzą…(nowego „The Thing” aż się boję obejrzeć). Za kamerą nie stanie Sam, a Asha nie zagra Bruce, więc nie tego nie widzę, wyjdzie pewnie kolejny, sztampowy, film gore. Obym się mylił.

      • Doszły mnie faktycznie takie słuchy. Cóż, Evil Dead bez Raimiego bardzo trudno sobie wyobrazić, ale bez Campbella to po prostu niemożliwe.

        Co do remaków to zgadzam się, że przeważnie wypadają fatalnie (najgorzej te, które próbują, niepotrzebnie, odświeżać największe legendy), choć zdarzają się całkiem niezłe. Nie widziałem, ale ponoć właśnie nowe „Coś” do tych niezłych należy.

        • Może i obejrzę. W sumie po prostu nie podejdę do tego emocjonalnie, bo to się źle skończy.
          A przykłady jakichś dobrych remajków? Nie to, że aż tak negatywnie do nich jestem nastawiony, ale jakoś nie pamiętam dobrych(u mnie z pamięcią słabo ;)). A chciałbym zobaczy, że się da. No dobra, wspomniane „Coś” miało remake, który stał się kultowy, a o wcześniejszej wersji mało kto pamięta.

  2. Adam permalink

    Osobiście oglądałem tylko Army of Darkness, z racji na opinie dwóch osób (w tym Twoją :P). Film wymiata nawet dla takiej osoby jak ja, czyli z niemalże zerowym kontaktem z tym gatunkiem.

    • Drugą część też szczerze polecam obejrzeć, ale przygotuj się, że więcej tam gore, niż znanego z trzeciej odsłony humoru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: