Skip to content

Wielki Brat patrzy, czyli recenzja serialu „Person of Interest”.

Luty 22, 2013

poster

Jesteś obserwowany. Rząd ma tajny system – maszynę, która szpieguje cię każdego dnia. Wiem, bo sam ją zbudowałem. Zaprojektowałem ją, by wykrywała akty terroru, lecz ona widzi wszystko. Brutalne zbrodnie z udziałem zwykłych ludzi. Ludzi takich jak ty. Rząd uznał te przestępstwa za nieistotne. Nie zadziałaliby, więc postanowiłem, że ja to zrobię. Lecz potrzebowałem partnera. Kogoś, kogo umiejętności mogą im zapobiec. Ścigani przez władze, działamy w tajemnicy. Nigdy nas nie znajdziesz. Lecz jeśli wyskoczy twój numer, nieważne, czy jesteś ofiarą, czy sprawcą, my znajdziemy ciebie.

Wymyślone przez George’a Orwella hasło „Wielki Brat patrzy” jak ulał pasuje do serialu goszczącego dziś na moim blogu. Tajemnica, teorie spiskowe, nieustanna inwigilacja oraz wszędobylskie kamery – to już nie tylko dekoracje sci-fi, a istotna część naszego życia. J.J. Abrams w każdym ze swoich najbardziej znanych tworów odnosił się do tajemnic, zagadek oraz spisków. Teraz, po „Alias”, „Lost” i „Fringe”, stworzył historię opartą na konspiracji, jednocześnie nie odcinając się zupełnie od realizmu. Założenia fabularnie „Person of Interest” nie wydają się być zupełnie nieprawdopodobne.

1

Scenariusz rysuje nam wizję świata, w którym istnieje maszyna. Maszyna, która jest wszędzie. Śledzi, podsłuchuje, obserwuje i analizuje, potrafi przewidzieć ze 100% pewnością zagrożenie życia danej osoby. Po prostu, przewiduje jej nadchodzącą śmierć. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem prekognicji. Twórca tej maszyny (a może to już coś więcej niż maszyna?), ekscentryczny milioner przedstawiający się jako Harold Finch, wykorzystuje ją do zapobiegania zbrodniom na terenie Nowego Jorku. Jest to jednak zadanie ponad siły jednego tylko człowieka, dlatego nawiązuje współpracę z uważanym za zmarłego, byłym agentem CIA – Johnem Reesem. Należy zaznaczyć, że „Person of Interest” sygnowane jest nie tylko nazwiskiem Abramsa, ale także Jonathana Nolana („Memento”). Ma przemyślaną i zmyślną konstrukcję. W kolejnych odcinkach widzimy jak bohaterowie starają się zapobiec tragediom, jednakże w tle ciągle pojawiają się gdzieś bardziej ogólne, znaczące dla całej historii wątki. Mamy tu trochę kryminału, thrillera oraz naprawdę dużo akcji. Dodatkowo nie ma się wrażenia, jak niekiedy w „Zagubionych”, że jakiś odcinek jest zupełnie pozbawioną wartości dla głównej linii fabularnej zapchajdziurą. Sprytne przeplatanie spraw „codziennych” i ważnych dla rozwoju scenariusza powoduje, że widz z nieustannym zaangażowaniem rozmyśla, w jaką stronę podąży całość. Trzon opowiadanej historii jest dobry, acz należy zaznaczyć, że w różnych epizodach możemy znaleźć przeróżne, mniejsze lub większe nielogiczności lub „głupotki”. A to Reese praktycznie zawsze bez problemu rozprawia się z dowolną liczbą „tych złych”, chodzi po całym mieście, strzela zbirom w kolana, prowokuje rozróby, a wszystko to w tym samym, schludnym garniturze. Jakim cudem nie trafił jeszcze na pierwsze strony gazet – tego nie wiem. Można to w pewien sposób wytłumaczyć, zakładając, że to Finch zaciera wszystkie ślady, lecz bez przesady. To tylko przykład, wiele więcej tego typu rzeczy, głównie drobnostek, widzimy w drugim sezonie. Co nie zmienia faktu, że takie były założenia. To nie realizm jest tu na pierwszym miejscu. Gdy tylko zrozumiemy konwencję, nie będzie to już stanowić większego problemu. Oparto go na mało oryginalnym pomyśle, często ociera się o tandetę, jednak ciągle pozostaje ciekawym i niegłupim doświadczeniem. Rzecz jasna mówimy tu o kulturze masowej, nikt chyba nie oczekuje, że serial skierowany do milionów amerykańskich widzów będzie serwował niezwykle głęboką, niejednoznaczną i filozoficzną opowieść. Jak na standardy tego typu produkcji, naprawdę wypada to dobrze, choć czasem rzucają się w oczy banalne morały. Oprócz wspomnianych wcześniej głównych bohaterów, oczywiście mamy tu plejadę innych, ciekawych postaci – antagonistów, sojuszników i dziesiątki przewijających się gościnie bohaterów. Większość z nich napisano dobrze, każda znalazła się w serialu z jakiegoś konkretnego powodu.

2

Dosyć powszechna staje się opinia, że seriale doganiają, albo już dogoniły, czy nawet przegoniły produkcje goszczące na dużym ekranie. Z tego powodu, wymagania względem aktorstwa w telewizyjnych produkcjach mocno wzrosły. W przypadku „Person of Interest” na szczęście stoi ono na naprawdę wysokim poziomie. W głównego bohatera, Johna Reese’a wcielił się Jim Caviezel, znany przede wszystkim z roli… Jezusa Chrystusa. Podobno, początkowo producenci nie byli chętni osadzeniu Jima w roli Johna, właśnie z powodu tej charakterystycznej roli, która mogłaby przeszkadzać widzom, utożsamiającym aktora z innym bohaterem. Śpieszę jednak z wyjaśnieniem, że pan Caviezel poradził sobie świetnie. Jego styl doskonale wpasowuje się w nakreśloną postać – stoickiego, eleganckiego mężczyzny o zabójczych umiejętnościach. W rolę tajemniczego milionera, Fincha, wcielił się natomiast znany z kapitalnej roli w „LOST”, Michael Emerson. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem czego się spodziewać. W najgłośniejszym serialu J.J. Abramsa („Lost”) Emerson powołał do życia niezwykle ciekawą, fascynującą i niepokojącą postać. W przypadku „PoI”  kreacja wygląda zupełnie inaczej. Jego postać napisano naprawdę nieźle, ale uważam, że Michael zdecydowanie nie ma okazji do rozwinięcia skrzydeł. Gra bardzo dobrze, niestety nie ma zbyt możliwości pokazania prawdziwego pazura aktorskiego. Wybaczcie górnolotne porównanie, ale to trochę tak, jak oglądanie tygrysa w zoo. Niby wygląda wspaniale, ale na „Animal Planet” jakoś trochę dostojniej wyglądał… Pozostałym aktorom również nie mam za dużo do zarzucenia, m.in. Taraji P. Henson oraz Kevin Chapman spisują się dobrze. Na uwagę zasługuje ewentualnie Enrico Colantoni. Postać w jaką się wciela, jest jedną z ciekawszych w serialu, wyzwanie było spore, ale aktor spisał się wzorowo.

3

W kwestiach technicznych nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Montaż i zdjęcia są dobre. Trafiło się nawet kilka scen, które zarówno swoim wyglądem jak i idealnie dopasowaną muzyką zachwycają. Fantastycznie prezentuje się też stylistyka i otoczka, wszelakie graficzne niuanse związane z „maszyną”. Naprawdę czuć ten charakterystyczny klimat „Wielkiego Brata”. Nie będę zdradzał więcej, po prostu warto zobaczyć to samemu. Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, dobrze wpisuje się w to, co widzimy, delikatnie podkreślając konkretne wydarzenia, a zarazem nie wybijając się ponad resztę. Oprócz tego nie zabrakło wielu wyśmienitych, licencjonowanych kawałków.

4

J.J. Abrams jest mistrzem nadawania głębszych, ambitniejszych wartości z pozoru prostym, skierowanym do masowego odbiorcy utworom. Jego charakterystyczny styl odcisnął mocne piętno na „Person of Interest”, ale trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do „Lost” i „Fringe”, serial ten raczej nie zostanie otoczony kultem. Za mało w nim treści, ma prostszą budowę i nie daje takiego pola do popisu zwolennikom dyskusji o sekretach i tajemnicach serialów. Scenarzyści robią wszystko, by w obrębie dosyć monotonnej struktury (ratowanie kolejnych osób) działo się jak najwięcej, by miało to jak najciekawszą i niesztampową formę. I rzeczywiście, widz nie czuje się znudzony, jednakże po seansie z kolejnym odcinkiem, nie siedzi roztrzęsiony. Czeka na kolejny odcinek, ale zarazem nie ma ochoty podzielić się z kimś swoimi przemyśleniami na temat tego, co właśnie zobaczył. Coś takiego charakteryzowało wielokrotnie przytaczane w tym tekście, poprzednie seriale Abramsa. Jego nowe dzieło to zaprawdę frapująca rzecz, wyreżyserowana profesjonalnie, dająca dużo frajdy z oglądania. Tylko tyle i aż tyle. Warto się z „Person of Interest” zainteresować, choć ulubionym serialem oglądającego raczej nie zostanie.

Reklamy

From → Seriale

2 Komentarze
  1. Michał Stonawski permalink

    Nono, szukałem ostatnio fajnego serialu.
    I mam.
    Dzięki, właśnie zapewniłeś mi duuużo godzin wgapiania się w ekran ^^

    • Polecam się ;)
      Serial rzeczywiście dobry. Ot, wciąga na tyle, by chciało się oglądać, a jednocześnie nie aż tak, że człowiek ma ochotę obejrzeć cały sezon naraz. Biorąc pod uwagę, jak wiele czasu potrafią pożerać niektóre seriale, można to uznać za plus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: